piątek, 13 czerwca 2014

Moja podróż dookoła Polski, w kilku słowach




Pamiętacie jak pisałam o wyprawie rowerowej Jurka dookoła Polski w dwa tygodnie ? Wszyscy trzymaliśmy za niego mocno kciuki, żeby spełnił swoje marzenie i wrócił szczęśliwy i zdrowy. Ten post o tym Wam przypomni.
Dziś chciał się  podzielić swoją przygodą, pokazać zdjęcia i zmobilizować innych, że nie wolno się poddawać, a swoje cele i marzenia realizować. One naprawdę się spełniają.


W 10 rocznicę UE wpadł mi do głowy pomysł objechania polski na rowerze,tym razem odwrotnie do wskazówek zegara bo w 2008 r pomysł ten już zrealizowałem. Kolega z którym miałem jechać wycofał się z powodów rodzinnych. Kilka dni przed ustaloną datą słuchając pilnie prognozy pogody miałem coraz większe obawy co do jazdy , z drugiej jednak strony nie mogłem się już doczekać kiedy wyruszę, wyobrażając sobie samotną jazdę pośród gór jezior i lasów. Ruszyłem 1 maja 2014 punktualnie o 6.00 w  podróż  po Polsce.  Miałem ze sobą dwie małe sakwy, a w nich dosłownie parę ubrań na zmianę pogody, małą kuchenkę gazową, namiot, śpiwór, kask i mapę. Zamierzałem objechać cały kraj dookoła  jednak często padający deszcz oraz silny wiatr plany te pokrzyżowały.



Przez pierwsze 2 dni pogoda dopisuje,świeci słońce, wieje lekki wiatr. Jadę przez Beskidy,(Ochodzita) i dalej przez Słowację (Namestowo)Tatry (Zakopane). Dookoła piękne widoki, jest to co kocham najbardziej - góry!  





Lubię wysiłek, więc trasa górzysta nie jest mi straszna, ani obca. W końcu mieszkam w górach. Jednak 180 km daje się we znaki. Czuję zmęczenie, więc zaczynam szukać noclegu, żeby tylko zmrok mnie nie zaskoczył. Znajduję w m. Brzegi-wioska góralska, w której miejscowi górale są bardzo serdeczni i mówią do mnie gwarą, fajnie się jej słucha. Po pierwszym dniu padam, myślę, że oprócz wysiłku, towarzyszą mi emocje, pytam siebie, czy dobrze robię, po co to robię, ale szybko zapadam w głęboki sen.



Następnego dnia wstaję o 6.00 rano. Jestem wypoczęty, czarne myśli odeszły, mam nowe siły, nową walkę, myślę że dam sobie radę. Ruszam więc w dalszą drogę. Jest rześko, słońce powoli wstaje, a ja jestem w dobrym humorze, mimo, że początkowo trochę błądzę, ale w końcu trafiam  na właściwy kierunek. 
Na Słowację mam już niedaleko. Jeszcze tylko przede mną podjazd 14%, który ma 1 km, następnie ostry zjazd i tak na zmianę ;) 









Do Muszyny wzdłuż Popradu mam około 30 km. Pokonuję ją z 4 chłopakami z sakwami, których spotykam na drodze. Myślę sobie, że mam do kogo się odezwać, że razem raźniej, ale z drugiej strony, lubię samotną podróż, bo co by się stało, gdyby mój kompan, chciał już wracać, lub tempo, które mi odpowiada, jemu przeszkadza, lub na odwrót. Więc są plusy i minusy takich wypraw w dwójkę. 
Zostaję sam. Droga pusta, a przede mną taki znak ;)


Potrafi wystraszyć ;)

Bieszczady to piękne tereny, żałuję, że nie mam czasu ich podziwiać, zerkam tylko okiem co dookoła mnie się dzieje. Ten dzień pokonuję w spokoju, jest przyjemnie, ciepło, wiatr łagodny, słońce świeci. Pokonuję około 160 km i nocuję w Krempna, znajduję nocleg bez problemu za 30 zł.  





Ruszam wcześnie rano, droga jest dobra, tereny dzikie i bezludne,  pogoda się zmienia, zaczyna lekko padać jednak ładna pogoda utrzymuje się do popołudnia.Zatrzymuję się przy drodze bo brakuje mi wody w bidonie, widzę stary, rozpadający się dom, z którego wychodzi zgarbiony mężczyzna, proszę go o wodę,  on bez zastanowienia podchodzi do studni i oddaje mi wiadro pełne wody, mówiąc, że mogę pić do woli. Napełniam bidon i myślę sobie, że są jeszcze na tym świecie ludzie, którzy bezinteresownie pomagają. Mimo biedy, potrafią oddać swój mały kawałek chleba. 
Ruszam dalej.



Niestety tego się obawiałem najbardziej. Czarne niebo, deszcz, miejscami intensywny.
Wkładam spodnie i kurtkę oraz worki foliowe na buty (sprawdzony sposób ;).W Ustrzykach Górnych dogania mnie 2 mężczyzn mówią, że podziwiają mnie za determinację, że mimo deszczu się nie poddaję. Takie słowa potrafią postawić na nogi, bo prawda wygląda tak, że czasem dopada mnie kryzys, deszcz dokucza, silny wiatr przeszkadza. Tęsknię wtedy za dziewczynkami i ciepłym kocykiem. No, ale cóż mój wybór, więc brnę do przodu. 
Nocleg w Ustrzykach Dolnych.





Rano jak zwykle pobudka o 5.00. Za oknem fatalnie, znowu leje, jest zimno i pn-zach wiatr wieje w twarz,ale trudno ruszam o 7.00 zapatulony w worki i kurtkę. Jadę w deszczu przez 5 h.





Jeden z moich noclegów ;)



Jakiś mężczyzna pokazuje mi drogę na Przemyśl.Są duże serpentyny, potem ostry zjazd, znowu mocno pod górke,w końcu pasma gór się kończą zaczynają się wyżyny,  ale silny wiatr  od czoła zwalnia mnie nawet do 12 km/h. Na chwilę przestaje padać. Dojeżdżam do Zamościa -piękne miasto, zatrzymuję się tylko na posiłek. Potem Chełm ze wzgórzem i piękną katedra.






We Włodawie szukam noclegu, jest ciężko, bo nic taniego nie znajduję, jedynie hotel za 65 zł.  Niestety to cena dla mnie nie do przyjęcia, żeby tylko przespać się na chwilę, bo przecież rano już o 6 wyjeżdżam, ale co mogę zrobić. Namiot wożę ze sobą, ale nie mam zamiaru  spać w deszczu, tym bardziej, że wciąż moje ubranie jest mokre.
Rano o 6.00 wyruszam, wschodzi słońce, lekko pada deszcz, do godziny 9.00 robię około 60 km, jadę doliną Bugu, tu jest mało ludzi, jest cisza, a dookoła lasy. Przeprawiam się przez Bug promem do Mielnika. Dojazd do promu  mnie rozśmieszył za sprawą znaków tylko dla rowerów i jego zakazu. Zresztą popatrzcie sami :)





Do Hajnówki jadę drogą w remoncie bez ruchu gdyż jest zakaz dla pojazdów, tam po wielu trudach i zmęczeniu, znajduje nocleg u kobiety,  która wynajmuje pokoje tylko dla robotników, w końcu lituje się również nade mną i daje pokój ;) Przemoczony do suchej nitki, biorę prysznic, wrzucam coś na żołądek i szybko zasypiam.

Droga do Kruszynian prowadzi przez las, potem jadę drogą szutrową, która w końcu się kończy i docieram do starej tatarskiej miejscowości z zabytkową cerkwią. 







Nocleg koło Goniądza gdzie rower zostawiam na podwórku, pod moim balkonem - dobrze, że zabrałem ze sobą zamknięcie na kluczyk, ten jeden raz się przydał ;) 



Następnego dnia leje i z trudem wjeżdżam do Biebrzańskiego Parku Narodowego. Tam mylę drogę i nadrabiam 40 km, wciąż jestem mokry od deszczu, wszystkie ubrania wilgotne, a ja nie zabrałem ich przecież za dużo, zawsze się pakuję tak, żeby bagaż był jak najlżejszy. Trudno się mówi i jadę dalej, boję się jednak, że ten deszcz skutecznie popsuje moje plany objechania Polski dookoła. 



Mili panowie, informują mnie o tym, że pomyliłem drogę ;))






Jadę dalej, gdzieś we wsi, samochód przede mną  przelatuje przez drogę i koziołkuje, na szczęście nic nikomu się nie stało, ale straciłem trochę czasu. 
W Szczytnie znajduję paskudny nocleg, w komunistycznym hotelu, jest tu ciemno, brudno, a to wszystko za około 60 zł! 
Kolejny dzień pod wiatr i w deszczu, droga prowadzi przez las, więc  możecie sobie wyobrazić jak wyglądam ;)
Na  przystankach autobusowych, zatrzymuję się żeby schować się przed deszczem i na chwilę odpocząć, lub posilić się ;)






Docieram do Kwidzynia,  tam w hotelu poznaję mężczyznę z Łodzi, który organizuje wycieczki rowerowe i sam dużo jeździ (10000km rocznie) podziwiam!
Następnego ranka jadę na Tczew, droga prowadzi wzdłuż Wisły, tą samą trasą parę lat temu,  wybrałem się na rowerze razem z Olą  na naszą wspólną wyprawę. 
Kiedyś Ola na blogu o tym wspominała, lubi podobnie jak ja rower,  więc 100 km dziennie, to dla niej pikuś  ;)

Tczewie jest stary zamknięty most bardzo ładny, który mimo zakazu przejeżdżam, ale nie tylko ja tak robię,  jest wielu innych śmiałków, lub idiotów jak kto woli.



Potem jadę  przez Kaszuby gdzie gubię moją dokładną  mapę, jestem wściekły, bo gdzie mam teraz szukać innej, nie mam czasu biegać po sklepach, moją lubiłem, znałem ją. Na szczęście, przemiła Pani w sklepie kieruje mnie do męża, który dał mi swoją mapę, równie dokładną jak moja. 

Mimo mapy, mylę drogę, chyba za szybko chcę dojechać  nad morze, a wiadomo kto się śpieszy to się diabeł cieszy. Dużo tracę czasu, muszę się wrócić, ale mimo ogromnego zmęczenia i przygód w końcu po 200 km docieram do Łeby! 
Jak już tu jestem, idę nad morze, pooddychać trochę w spokoju i zrobić parę fotek. Tęsknie za domem. Tu zaczyna się dylemat, co zrobić? Jechać na zachód jak planowałem, czy w dół na południe do moich dziewczynek. Radzę się Oli, a ona tak jak ja uważa, że będę żałować,  ale potem wygrywa rozsądek i razem decydujemy, że wracam do domu. Deszcz mnie pokonał, gdybym jechał na zachód wróciłbym 4/5 dni później. A przecież miałem ograniczony czas - 14 dni.







Rano ulewa , zimno i wiatr, więc sobie myślę, że podjąłem dobrą decyzję wracając  do domu.
Droga na południe to Chojnice, Mogilno ,Słupca. Tam znajduję chyba najlepszy nocleg, jaki do tej pory miałem, w rozsądnej cenie.





Powrót do domu mnie cieszy, tym bardziej, że od Gliwic jadę już w ogromnej ulewie. Mam  na sobie  3 kurtki przeciwdeszczowe, jest mi zimno, ale w sercu jest radość, szczęście, że dałem radę, że nie poddałem się. Wiem, nie skończyłem swojej podróży jak chciałem, ale trudno się mówi, kiedyś może ją powtórzę i zrealizuję do końca swój cel. Nie wolno się poddawać.

Pokonuję w sumie  2700 km przez 14 dni  !

Docieram do Skoczowa i dzwonię do Oli, że zaraz będę..



A tam taki widok!



Jestem szczęśliwym facetem ;))            





Były łzy szczęścia..
Moja Ola o moim powrocie już  tutaj pisała


pozdrawiam
Jurek Sikora
                                                                                                                                   

50 komentarzy:

  1. Podziwiam i gratuluje takiego fantastycznego wyczynu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniale się czytało. Na końcu łza wzruszenia też poleciała. Podziwiam Cię i gratuluję odwagi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Podziwiam i troszeczkę zazdroszczę. Super wyprawa.

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratujuję :) podziwiam wytrwałość, mimo tak niesprzyjających warunkow pogodowych przejechać na rowerze tyle kilometów.
    Życzę kolejnych wypraw :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, mimo, że deszczu się nie boję, to jednak było go za dużo ;)

      Usuń
  5. Jesteś niesamowitym facetem! Podziwiam Cię za tę determinację i siłę walki z pogodą!

    OdpowiedzUsuń
  6. Z wielką przyjemnością przeczytałam i obejrzałam zdjęcia. Nie lada wyczyn i świetna przygoda! Podziwiam za determinację, siłę, hart ducha i sportową postawę, a także miłość do roweru. Opowiedziałam o Panu mężowi. Od razu zapalił się do współtowarzyszenia w kolejnej Pana wyprawie, he he. Tylko, że my mieszkamy... właśnie! Rzut beretem od Biebrzańskiego Parku Narodowego. Jechał Pan może przez Grajewo? A może dalej - przez Kolno? Bo wtedy mogłabym zaproponować nocleg :).

    Gratuluję wyprawy ze szczerego serca!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to będę miał kompana do moich podróży, to nic że nie z moich stron, zawsze możemy się spotkać w połowie drogi ;)
      Zaraz sprawdzę, miejscowości o których Pani pisze, bo szczerze nie pamiętam wszystkich nazw, a w tamtych rejonach się pogubiłem ;) Dziękuję za możliwość noclegu, może następnym razem ;) Jurek

      Usuń
  7. Bardzo fajna relacja. Zdjęcia oglądałam z ogromną przyjemnością, tekst przeczytałam jednym tchem. Mój mąż też uwielbia jazdę na rowerze. Zadowalają go jedynie trudne i długie trasy. Do tej pory zmuszałam go do jazdy rekreacyjnej, razem z dziećmi po chodniczku ,tak jak ja lubię ,nie rozumiejąc jego innych potrzeb. Dzięki Pana relacji nie będę już marudzić mężowi kiedy będzie chciał wracać rowerem z naszej działki (ok.200km).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ha, ha. No to się cieszę, że moja przygoda na rowerze, właściwie pasja do roweru, powoduje, że spojrzy Pani innym okiem na męża i jego miłość do roweru ;)
      To jednak zawsze inna miłość, Pani na pewno jest na pierwszym mmiejscu ;)
      Jurek

      Usuń
  8. WOWWWW, Wielki szacunek ! i pozytywnie zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Naprawdę podziwiam! Dla mnie 2700 km na rowerze to niesamowity wyczyn. Poza tym ja bałabym się jechać w taką podróż sama ;) Gratuluję wytrwałości, samozaparcia i życzę powodzenia w kolejnych Pana wyprawach :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  10. aż się popłakałam :) gratuluję i wierzę że podobnych wypraw będzie jeszcze pełno- niedługo pewnie z dziewczynkami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z dziewczynkami narazie będzie lajtowo na wczasach, a one za niedługo ;)
      Jurek

      Usuń
  11. Ja pierdziele, normalnie mam łzy w oczach... Gratuluję odwagi i wytrwałości! Niesamowita opowieść...ehhh, brak mi słów... SZACUN!!!

    OdpowiedzUsuń
  12. Jesteś niesamowity!!!! Twoje dziewczyny, to dopiero szczęściary!!!
    Szacun wielki z mojej strony za tę wyprawę!!! Naprawdę godna podziwu! A dla Ciebie i dziewczyn niezapomniana:)))
    Całe szczęście, że Cię wilcy nie zjedli, mili panowie byli naprawdę mili, a zdrówko dopisało:D
    Super relacja!!!
    Gratulacje Jurek!!!:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki!
      Wilki mnie nie zjadły na szczęście, chyba ;))
      A mili panowie byli sympatycznie, chętnie bym do nich dołączył, ale nie było czasu ;))
      Jurek

      Usuń
    2. Za to nadrobiłeś w domu, to piwko;)
      Jeszcze raz gratulacje:))

      Usuń
  13. Gratuluje :) moj chlopak tez organizuje wycieczki rowerowe po calym swiecie :) wakacjeinaczej.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już otworzyłem stronkę!
      Super sprawa, musze sie jej przyjrzeć szerzej, ale już mi się podoba!
      jurek

      Usuń
  14. Cudowne relacja, a końcówka to już w ogóle :) Podziwiam za pasje, pomysł i realizacje. Super !

    OdpowiedzUsuń
  15. Jurek jestes wspaniałym człooweikiem. kapelusze z głów!

    OdpowiedzUsuń
  16. Czytalam i usmiechalam sie pod nosem:)
    Wspaniala wyprawa! Swietna przygoda i wspomnienia:)
    Milo sie to wszystko czytalo.. :) z wielkim zaciekawieniem.. linijka po linicje.. ;) (z przerwami na zdjecia;) )
    Gratuluje odwagi i determinacji!!!
    I to jak piszesz o swoich dziewczynach...... :)))
    pozdrawiam! z Gliwic ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. mi się łezka na koniec opowieści zakręciła
    co za wyprawa
    jesteś wielki
    ja źle znoszę samotność to raz,a dwa ,że już po 10 km tyłek mnie boli :))
    wielki szacun

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój tyłek już jest przyzwyczajony do siodełka, od dawna, lubię ten mój rower i moje podróże, wysiłek po górach ;)
      Dziękuję bardzo
      jurek

      Usuń
  18. Jestem pełna podziwu! Gratuluję pomysłu, odwagi i wytrwałości. :) Wspaniała relacja, z ciekawością się czyta. Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Wspaniała wyprawa. Jak widać taka podróż to też walka ze swoimi słabościami i przeciwnościami losu - ale jak widzę, było warto. Chylę czoła.

    OdpowiedzUsuń
  20. Masz wspaniałego męża podróżnika , bardzo blisko moich terenów przejeżdżał mieszkam 10 km od Muszyny .Pozdrawiam Ania

    OdpowiedzUsuń
  21. Swietna wyprawa i tyle kilometrow tylko w 14 dni!!! podziwiam za wytrwalosc,mnie najbardziej spodobalo sie zdjecie z Biebrzanskiego Parku Narodowego bo z tamtych okolic pochodze co prawda los rzucil mnie za ocean polska jest mi wciaz bliska.Dziekuje za podzielenie sie wrazeniami.Gosia.

    OdpowiedzUsuń
  22. Podziwiam ludzi, którzy mają pasję i ogromną zdolność samodyscypliny ! Super !

    OdpowiedzUsuń
  23. wyczyn godny podziwu... po prostu mega!

    OdpowiedzUsuń
  24. Przeczytałam relację na wdechu nie bez powodu (Jackowi podsunę jak z pracy wróci). Jesteśmy zakochani w rowerach od... 4 lat ;) Pokonujemy różne dystanse (najdłuższy trochę ponad 200 km), rocznie ok 8-9 tys, ale naszym marzeniem jest objechać Polskę wzdłuż jej granic :D Jednak nie w 14 dni... Chcielibyśmy mieć więcej czasu na zwiedzanie, bo wiemy, że długie przeloty to "tylko" przeloty. Jak się ma pogoda do jazdy rowerem wiemy doskonale i czułam dosłownie to zimno o którym Pan pisał :) Zgadzam się też co do podróżowania w większych grupach, spowalniania przez kogoś, bądź nie nadążania za kimś, dlatego też jeździmy tylko we dwoje :) Razem budowaliśmy siłę i kondycję, więc razem dajemy radę :) choć zdarzają się momenty iż nie nadążam...
    W poniedziałek o 3 nad ranem wyruszamy z Mazur do Stegny (ok 250 km), tam odpoczywamy 2 dni po czym kierujemy się na Kaszuby (Szymbark) i 3-Miasto. Powrót w niedzielę już raczej pociągiem... Chyba, że będzie cudna pogoda i znajdziemy w sobie ogromne pokłady sił na kolejne ponad 200 km w 1 dzień :)
    Gratulujemy pasji i dążenia do celu, bo on zawsze gdzieś jest, nawet jeśli wydaje nam się, że miał być w innym miejscu :)))
    Pozdrawiamy CAŁĄ Rodzinkę :)
    Grażyna i Jacek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle miłych słów, czy ja naprawdę na nie zasługuję ? ;))
      Rower kocham od dawna, kiedy tylko mogę na niego wsiadam, praktycznie co drugi dzień, zawsze wtedy rano wstaję o 6.00, by o 7 wyruszyć w drogę, wracam o 10.
      3 godziny treningu, przyjemności, aż lepiej się żyje i dzień jest lepszy ;)
      Podziwiam również Was, to wielki wyczyn tyle km, poza tym bardzo podoba mi się Wasze marzenie, objechać Polskę wdłuż granic. ach, chciałbym mieć ięcej czasu, ale ten wolny czas również chcę spędzic z moimi dziewczynami ;)
      pozdrawiam
      Jurek

      Usuń
  25. Ooo kurcze podziwiam za odwagę :)
    I gratuluje wytrwałości :)
    Kocham ludzi z pasją. Życzę Wam kochani wszystkiego dobrego :)

    OdpowiedzUsuń