Rok temu, kiedy mała Natusia się urodziła rozpoczęłam z nią cykl codziennych, niezależnie od pogody, długich spacerów.
Zawsze przed 12-stą w południe, oznajmiała mi swoim uroczym sposobem, czyli krzykiem i płaczem, że już pora wyjść! I tak nasze spacery trwały nawet 3 godziny, Natusia grzecznie i smacznie spała sobie wygodnie w wózeczku, a ja pchałam wózek przed sobą dopóki Natusia się nie obudziła.
Wychodziłyśmy nawet kiedy były zimą wielkie mrozy, czy deszcze, naprawdę nie opuściłam ani jednego dnia;-)
Przyzwyczaiłam się do tych spacerów, to był jak trening na bieżni, to był mój sposób żeby wrócić do rozmiaru sprzed ciąży, a w domu nie zawsze się chce ćwiczyć, lub poprostu na to nie ma czasu.
Spacery poprawiały mi humor, miałam dużo czasu na przemyślenia i czułam się szczęśliwa kiedy zaglądałam do wózka i widziałam moją kochaną doczekaną Natusię. Zostawiałam czasami w domu bałagan, nie poprasowane, nie pozmywane, ale spacer zawsze musiał być.
Mogłam przecież postawić wózek z Natusią śpiącą słodko na ogródku i zająć się domem, ale ja wolałam spacery, musiałam wyjść z domu i oddychać świeżym powietrzem, tym bardziej że Natalka również kochała kołysanie wózka i spanie w nim bardzo długo.
Pisałam w czasie przeszłym, mimo że do dziś spacerujemy codziennie o tej samej porze, to Natalka już niestety tak długo nie śpi i nasze spacery są krótkie, dorośleje moje maleństwo;-)
Teraz już nawet nie chce siedzieć w wózku, kiedy się obudzi wstaje na równe nogi i żadna siła jej nie powstrzyma od pozostania w nim.
Teraz to wygląda tak, że jak Natusia się obudzi, to ją noszę na rękach, albo biegam za nią kiedy drepta na nóżkach, najgorsze kiedy chce iść w inną stronę, pcham wózek i jeszcze zakupy;-)
Dobrze że Jurek pracuje co drugi dzień i kiedy ma wolne, zawsze stara się z nami iść na spacer, wtedy on robi wszystko co tylko Natusia chce, idzie tam gdzie ona chce, nosi ją na rączkach i całuje po rączkach;-)
Dopóki to możliwe, nie zrezygnuję ze spacerów, są one nierozłacznym naszym trybem funkcjonwania, dają świeżość i spokój, kiedy czasami naprawdę jestem już zmęczona i bycie w domu mnie przytłacza, lepiej wyjść i pooddychać, zostawić wszystko za sobą, a po takim udanym spacerze, do domu wraca się z uśmiechem i kawa lepiej smakuje;-)
gdy urodziła się Emilka także miałam plan codziennych spacerów, nie powiem, że przez 10 m-cy dzień w dzień wychodziłam, wyjątki były sporadyczne, np. choroba, mróz -20.
OdpowiedzUsuńJa nie odpuściłam, wychodziłam nawet w mrozy - 20, oczywiście spacer był krótszy, nawet kiedy mocno padał deszcz. Nic nie było nas straszne.
OdpowiedzUsuńNatalka raczej nie chorowała, a jak miała katarek , spacer i tak był, lepiej się wtedy jej oddychało i spało właśnie na świeżym powietrzu;-)
My z katarkiem też wychodzimy. Wyjątkiem jest tylko gorączka. No i ulewny deszcz ;p
OdpowiedzUsuńMy też codziennie spacerujemy, nawet jak mały miał zapalenie oskrzeli chodziliśmy na spacerki tak jak nam zalecił lekarz (oczywiście mały nie miał gorączki)
OdpowiedzUsuńJa też lubię spacery, zwłaszcza jak w ostatnich dniach była taka piękna pogoda. Czasami idziemy na spacer już o ósmej rano żeby mógł przejść się z nami przed pracą mój mąż. Cudownie jest rozpocząć dzień takim rodzinnym spacerkiem:)
OdpowiedzUsuń